Symboliczny bieg z Sobótki do Świdnicy
Skąd pomysł?
Było to dla mnie wręcz naturalne. Pewnego rodzaju symboliczne przejście z jednego miejsca na drugie.
Wiedziałem, że z Sobótki do Świdnicy prowadzi żółty szlak. Co roku zawodnicy Biegu Kreta Hardcore biegną tą właśnie trasą.
Na początku myślałem, że pobiegnę od razu jak tylko się przeprowadzimy. Okazało się, że potrzebowałem trochę czasu, aby osiąść w Świdnicy i być gotowym na tę zmianę. Poza tym, jak to po przeprowadzce, zawsze jest co robić i układać. Jednak życie jest procesem i na wszystko przychodzi odpowiedni moment!
Szlak, dystans, przewyższenie.
Żółty szlak prowadzi ze stacji kolejowej w Sobótce do stacji kolejowej w Świdnicy. Tak się składa, że mieszkamy teraz przy żółtym szlaku nieopodal dworca kolejowego – patrząc z okna widziałem metę swojego pomysłu.
Trasa bardzo urokliwa i przyjemna.
Tak jak wspomniałem zaczyna się w Sobótce na dworcu kolejowym, po paruset metrach można zobaczyć moją pracownię, w której działam na co dzień, potem park, Dom Turysty pod Wieżycą i jak to mawia mój serdeczny kolega – klasyczne wbiegnięcie na Ślężę, czyli podbieg pod Wieżycę, a następnie autostradą na sam szczyt. Potem 3km zbieg do przełęczy Tąpadła i mniej uczęszczana przez turystów część, czyli ominięcie masywu Raduni i kierowanie się w stronę Jędrzejowic. Bardzo uroczy i spokojny fragment. Na tym odcinku jest magiczne miejsce, w którym są tylko pola, wzgórza i brak śladów ludzkości. Na chwilę można poczuć się jak w Beskidach. Od Jędrzejowic do Kiełczyna biegnie się drogą asfaltową, następnie skręt w prawo na Wzgórza Kiełczyńskie. Tutaj mamy do wdrapania się wierzchołek o nazwie Szczytna. Stamtąd zbieg do linii lasu i wbiegnięcie do Gogołowa, który jest równo na 21,1km. Potem zostaje 10km odcinek polno-asfaltowy. Najpierw polem do Krzczonowa, następnie do Miłochowa i drogą asfaltową przez Jagodnik do Świdnicy.
Razem trasa liczy 31km z 1000metrów przewyższenia.
Już teraz wiem, że chciałbym ją powtórzyć wiosenną porą, bo widoki będą na pewno zacne!

Wspomnienia, historie, przygody.
Tak jak wspomniałem na samym wstępie pokonanie tej trasy było dla mnie czymś więcej niż tylko przebiegnięciem 31km z Sobótki do Świdnicy.
Było to coś mistycznego, przejście z jednego miejsca do drugiego.
Całe życie mieszkałem w Sobótce. Jestem z nią związany naprawdę mocno. Góra Ślęża była moim drugim domem. Rocznie wbiegałem na nią dziesiątki razy. Minimum raz w tygodniu byłem na szczycie. Przed każdą wyprawą, po każdym wyjeździe lub ważnym wydarzeniu w życiu, wbiegałem na szczyt, gdzie rozładowywałem swoje napięcia i przeżycia. Z tą górą wiąże się wiele chwil mojego życia i wiele zapisanych emocji.
36 lat życia w jednej miejscowości, z którą myślałem, że nigdy się nie rozstanę.
Jednak nadeszła ta wiekopomna chwila… Zapytacie dlaczego? Postaram się na to odpowiedzieć w kolejnym wpisie!
Trasę miałem przyjemność pokonać w towarzystwie dobrej znajomej. Jak się okazało był to czas szczerych wymian i długich opowieści. Każdy kilometr trasy był dla mnie jednym wielkim wspomnieniem. Ulicą Turystyczną biegałem tysiące razy, tak samo jak parkiem czy okolicach schroniska. Znałem każdy kamień i fragment. Każda część trasy odpalała jakieś historie, anegdoty lub sytuacje. Każde miejsce wibrowało i rezonowało ze mną bardzo mocno. To mapa wspomnień, które są razem ze mną jak znaki solarne na rzeźbach kultowych, które mijaliśmy po drodze.
To wszystko trwało we mnie aż do przekroczenia masywu Raduni. Tam zniknęły wspomnienia, a w głowie pojawiły się codzienne problemy, sytuacje, rozmyślania. Tak jakby wbiegnięcie w teren znany, lecz mniej uczęszczany ściągnął mnie do codziennych tematów.
Ciekawa zmiana nastąpiła na 21,1km dokładnie w Gogołowie. Spotkaliśmy tam symboliczne miejsce. Wielkie pole, które wyglądało w sposób szczególny. Było one przedzielone długą białą kreską. Jedna część pola była brązowa, natomiast druga część pola biała. Tak jakby ktoś wziął linijkę i zrobił kreskę dla miejsca dokąd może znajdować się śnieg. Obydwoje poczuliśmy jakąś transformację. Pewnego rodzaju przejście ze wspomnień, codziennych problemów do teraźniejszości. W jakimś sensie oczyszczenie i otwarcie nowej karty. Od tamtego kilometra nastąpiła zmiana na pełną obecność, na to co dzieje się w tym momencie. Pełna czystość w głowie i powolne odliczanie do mety. Chłód i głód zaczynał dawać się we znaki. Po wbiegnięciu do miasta i poczuliśmy zapach pieczywa i w tym samym momencie lekki ból brzucha z głodu. Zaczęły się fantazje o obiedzie i posiłku w ciepłych domowych warunkach.
Podsumowanie.
Czasem warto pociągnąć palcem po mapie, bo może to być czymś symbolicznym i przełomowym. Na pewno było tak w tym przypadku. Bardzo się cieszę z tego biegu, bo od tej pory czuję jak dobra była to zmiana. Jak to powiedział jeden z mądrych ludzi: „Po to człowiek ma oczy z przodu głowy, aby patrzeć przed siebie, skupiając się na przyszłości, a nie na przeszłości”. Także zostawiam za sobą to co było i ruszam naprzód. Patrząc na nowe możliwości na działanie i radość z miejsca, w którym jestem!





